Alpy Julijskie – relacja z wyjazdu

Pomysł i przygotowania

Mamy wrzesień. Wypadałoby ruszyć tyłek i wybrać się w jakieś góry za granicę z grupą przyjaciół – pomyślałem pewnego wieczoru patrząc na Pańszczycę z ganku mojego domu w Murzasichlu. Przecież nie można cały czas łazić tylko po Tatrach – dodałem w myślach.

Był taki czas w działalności Taternickiego Klubu Harcerzy, że co najmniej raz w roku wybieraliśmy się w jakieś nieznane, zagraniczne góry. W zależności od ekipy, jaka się zebrała odwiedzaliśmy różne pasma. W ramach samochwalstwa można powiedzieć, że były to wypady zarazem bardzo bliskie, jak i bardzo dalekie. Zaczynając od takiej np. słowackiej Małej Fatry, kończąc na Alpach Południowych Nowej Zelandii. Pieszo, rowerowo, wspinaczkowo i na skitourach zwiedzaliśmy świat. I wszystko byłoby super, gdyby każdy z nas miał nadal tyle czasu co kiedyś… No właśnie. Czas. Nie mamy go za dużo w pojedynkę, a co dopiero znaleźć wspólny termin odpowiadający wszystkim. Zacząłem się zastanawiać, gdzie by tutaj pojechać, żeby nie było daleko, a jednocześnie ciekawie. Popatrzyłem na mapę Europy. Słowacja – była, Rumunia – była, Włochy – były, Austria – była. Reszta za daleko? Niekoniecznie! Słowenia. Alpy Julijskie. To przecież z Polski rzut beretem, a brzmi już trochę egzotycznie – powiedziałem już na głos podekscytowany. I tak zaczęliśmy planowanie wyjazdu w góry, które zaskoczyć nas miały swym wyjątkowym charakterem potężnych wapiennych ścian.

Czasu, jak wspomniałem wcześniej, nie mieliśmy za dużo – ok. 4 dni. Za to ekipa zebrała się zacna. 8 osób, 2 auta. Wszyscy doświadczeni już górsko, ale nie wszyscy wspinaczkowo. Można było delikatnie puścić wodze fantazji. Pomysłów było wiele, ale stanęło na ferratach, „żelaznych drogach”, czyli w skrócie na wpół wspinaczkowych ścieżkach górskich (o różnej trudności), często o dużej ekspozycji, wyposażonych w stalową linę i inne ułatwienia do autoasekuracji. Do tej pory „przeszliśmy” dużą część ferrat w Dolomitach. Ale czy te słoweńskie dotrzymają im kroku? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Bled

Aby jak najszybciej znaleźć się na miejscu i nie tracić zapowiadanego słonecznego dnia na jazdę samochodem, postanawiamy wyjechać wieczorem. Podróż nocą nie jest taka zła pod warunkiem, że mamy kilku kierowców na zmianę. I tak, każdy z nas prowadzi po 3 godziny i resztę nocy może spokojnie spać. Jak się okazuje, takie rozwiązanie jest strzałem w dziesiątkę. Słoweński dzień witamy wschodem słońca ze znanego spotu fotograficznego z widokiem na jezioro Bled. Wszyscy choć raz widzieliśmy na zdjęciach to miejsce. Jednak przy takiej aurze – złote jesienne liście skąpane w porannym słońcu i kontrastująca z nimi błękitna tafla otoczonego górami jeziora, na którego środku leży mała wyspa z wieżą kościoła – każdy z nas ma tzw. „opad szczeny”. Czy można lepiej zacząć dzień? Czy można lepiej zacząć wyjazd? Nie sądzę. Pełni optymizmu wracamy do aut i ruszamy do pobliskiego Triglavskiego Parku Narodowego, a dokładniej do jego serca, czyli miejscowości Trenta.

Trenta

Aby się tam dostać od strony Bled, musimy przejechać przez Przełęcz Vršič (1611 m n.p.m.). Prowadzi na nią z obu stron droga pełna serpentyn (łącznie około 50 zakrętów), z pięknymi widokami między innymi na potężną północną ścianę Prisojnika – nasz cel na jeden z dni.

W końcu docieramy do malowniczo położonej wśród gór Trenty. Czemu nasze podhalańskie miejscowości nie mogą pochwalić się podobną skromnością i estetyką jeżeli chodzi o skalę i rodzaj zabudowy? Długo by dyskutować, ale tutaj wszystko ze sobą jakoś harmonijnie współgra i człowiek rzeczywiście czuje prawdziwego ducha gór, a nie parku rozrywki. Dobrym odpowiednikiem Trenty mogłaby być np. słowacka Tatranska Javorina. Nasze namioty rozbijamy na jednym z campingów po okazyjnej cenie ze względu na koniec sezonu.


Mala Mojstovka

Dzień jest piękny. Mamy spore szczęście – na niebie prawie żadnej chmurki. Po przepakowaniu ruszamy niezwłocznie w kierunku wspomnianej wcześniej Przełęczy Vršič. To właśnie stamtąd pójdziemy na pierwszą „rozgrzewkową” ferratę Hanzova Pot na Malą Mojstovkę (2332 m n.p.m.). Ekscytacja jest spora, choć u niektórych przeradza się ona w strach. Wszak właśnie takie emocje towarzyszą nam zazwyczaj wtedy, kiedy robimy coś pierwszy raz w życiu. A u nas w ekipie jest właśnie tak, że część osób ma spore doświadczenie, a część mniejsze. Dzielimy się więc na 3 zespoły, każdym „dowodzi” osoba doświadczona i ruszamy w dużych odstępach w górę na ferratę o trudności: B-B/C (dość trudno).

Nasza droga najpierw wije się do góry dobrze ubezpieczonymi serpentynami skalnymi północnej ściany Malej Mojstovki, aby doprowadzić nas na szerokie plateau, z którego znowu czeka nas odcinek wspinaczki, ale tym razem słabo ubezpieczony. Jak na start, cel okazuje się idealny. Do tego należy dodać niesamowite widoki po drodze, jak i ze szczytu. Z jednej strony możemy zaobserwować niekończące się „morze” gór, z drugiej zaś po raz pierwszy dostrzegamy między innymi Triglav – najwyższy szczyt Alp Julijskich. Z góry schodzimy łatwym, ale wymagającym czujności piargowym terenem. O dziwo na naszej drodze nie spotykamy nikogo innego.

Triglav

Drugiego dnia naszym celem miało być wejście na Prisojnik. Jednakże ze względów logistyczno-kondycyjnych postanowiliśmy zmienić taktykę i uderzyć na trudniejszą pod tym względem górę – Triglav (2864 m n.p.m.). Na jego wierzchołek prowadzi wiele dróg, łatwiejszych i trudniejszych, dłuższych i krótszych. Zaproponowałem jednak: „Chodźmy najciekawszą!” i tak padło na szlak również najdłuższy i dużo mniej popularny, bo prowadzący właśnie z Trenty.

Pobudka o 4.00. O 5.00 w ciemności ruszamy szeroką doliną Zadnjica do góry. Skalą i rozległością przypomina mi trochę tatrzańską Dolinę Białej Wody, z tym wyjątkiem, że na jej początku znajduje się parę niewielkich tradycyjnych zabudowań i gospodarstw. To alpejska dolina pełną gębą o
niesamowitych walorach widokowych. W pewnym momencie droga zamienia się w zbudowaną przez włoską armię mulatierę, która systematycznie serpentynami wije się do góry. Dawno nie spotkałem tak ergonomicznie poprowadzonej ścieżki. I rzeczywiście podchodzi się nią świetnie, mimo sporej ekspozycji. W końcu zaczyna robić się naprawdę jasno. Dzięki temu dostrzegamy już wyraźnie 1500-metrową, północno-zachodnią ścianę Kanjavca (najwyższa ściana Alp Julijskich). Robi ona piorunujące wrażenie (mimo, że wszyscy są jeszcze lekko zaspani) szczególnie, gdy zestawimy ją w jakiś sposób ze skalą człowieka. Po kilku godzinach wędrówki
i pokonaniu ponad 1500 metrów przewyższenia, docieramy do schroniska na Doliču leżącego na wysokości 2150 m n.p.m. Triglav powinien być już na wyciągnięcie ręki. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej przez rozległe piargowe plateau. Z tego miejsca powinniśmy już widzieć potężną trójkątną ścianę naszego celu. Niestety wszystko spowite jest trochę w chmurach, trochę w mgłach. Nie zniechęcamy się tym i zaczynamy wspinaczkę prostą ferratą po
wspomnianej ścianie. Bez większych problemów pokonujemy kolejne metry, a wraz z nimi chmury i mgły zaczynają ustępować miejsca błękitnemu niebu. To powoduje, że na szczycie widoki stają się obłędne. Wszyscy stwierdzamy, że właśnie ta dramatyczna walka chmur ze słońcem dodaje niesamowitego uroku panoramie Alp Julijskich, którą obserwujemy. Mamy ogromne szczęście. Po dłuższej chwili rozpoczynamy zejście tą samą drogą (nie lubimy tego, ale aby wrócić do Trenty, nie mamy innego wyjścia). Na płaskowyżu w końcu możemy zobaczyć ścianę Triglavu w pełnej okazałości. Podobnie jak skąpaną w słońcu dolinę Zadnjica.
Widok robi oszałamiające wrażenie, zupełnie odmienne od tego zachmurzonego o poranku. Łącznie przechodzimy tego dnia ok 30 km. Wszyscy są bardzo zmęczeni, ale równie szczęśliwi.

Prisojnik

Ostatni dzień naszego pobytu w Słowenii. Dzielimy się na zespoły i różnymi wariantami postanawiamy wejść na Prisojnik (2547 m n.p.m.). To ten charakterystyczny szczyt, którego imponującą ponad 1000-metrową ścianę widzieliśmy już pierwszego dnia. I właśnie ją wraz z dwójką bardziej doświadczonych przyjaciół postanawiamy przejść ferratą Hanzova Pot. Wytyczona w 1929 r. droga poprowadzona jest bardzo śmiało i uważana jest za jedną z najciekawszych, ale i najtrudniejszych ferrat Alp Julijskich (trudność: D). Z campingu znowu wyruszamy na Przełęczy Vršič i zjeżdżamy z niej kilka kilometrów do początku szlaku.
Pierwszy fragment to podejście pod ścianę po piargach i skałach. Jest nurzące i niewygodne, jak to często z podejściami pod drogę wspinaczkową bywa. Ale gdy w końcu ubieramy uprzęże z lonżami i ruszamy do góry skalnym terenem, całe wcześniejsze znużenie nam przechodzi. Wspinaczka jest bardzo zróżnicowana i kolejne fragmenty ściany wyłaniają nam się stopniowo z mgieł i cienia wraz z nabieraniem wysokości. Przy takiej aurze ma się wrażenie, że droga do góry nie ma końca. Dodatkowo okazuje się, że ferrata nie jest poprowadzona na wprost najkrótszą linią, ale wije się pomiędzy turniami skalnymi a kolejnymi tarasami, cyrkami polodowcowymi itp. Ściana Prisojnika tak naprawdę nie jest płaska i jednolita, ale bardzo rozbudowana w przestrzeni 3d, a jej skalne fragmenty urozmaicone są ciekami wodnymi, wodospadami czy piarżyskami. Napotkać też można duże połacie zalegającego, zlodowaciałego śniegu, które w takim terenie są wyjątkowo niebezpieczne i które staramy się omijać z daleka. Orientacja w terenie przez tę różnorodność formacji terenowych również nie należy do najprostszych i oczywistych, szczególnie dla osób, które są w takim terenie po raz pierwszy. Krótko mówiąc: dla każdego coś miłego. I z nami jest podobnie, chociaż spodziewaliśmy się jednak większych trudności. Ze szczytu znowu możemy podziwiać niesamowite widoki. Mam wrażenie, że te z Alp Julijskich nie mogą się znudzić. Schodzimy na dół fragmentem prostej ferraty, mijając po drodze słynne Predne Prisojnikovo Okno, 30-metrowy otwór, przez który prowadzi inna, dużo bardziej popularna od naszej, ale łatwiejsza ferrata. Po drodze spotykamy również resztę ekipy, która podchodziła innym wariantem i wspólnie schodzimy na dół do samochodów.

Podsumowanie

To już koniec naszej pięknej przygody. W drodze powrotnej zatrzymujemy się tylko (w ramach nagrody za w pełni zrealizowany program) w miejscowości Bled, gdzie jemy słynne tamtejsze kremówki. Alpy Julijskie, choć poznaliśmy tylko ich niewielki fragment, urzekają nas swoją różnorodnością i potęgą wapiennych ścian. Ferraty, po których chodziliśmy, okazują się być równie ciekawe jak te w Dolomitach. I to wszystko mniej więcej w takiej odległości jak trasa z Zakopanego nad Bałtyk. Dla każdego miłośnika gór wybór staje się więc oczywisty.

Wisz Orłowski