Czy warto zapisać się na kurs taternicki?

I. Samodzielne próby

Wyprawa na Mnicha

Dwie godziny asfaltem, potem jeszcze godzina zatłoczonym szlakiem i nareszcie opuszczasz znakowaną ścieżkę. Ruszasz w stronę przygody, tu ma zrealizować się twój sen o wolności, zweryfikowane zostaną odwaga i sprawność. Już widzisz północną ścianę Mnicha, słońce przegląda się w maleńkich stawkach, patrzysz gdzie przed chwilą uciekły świstaki. A tu strażnik TPN świeci ci w oczy smartfonem i pyta się o wpis do Elektronicznej Książki Wyjść. Nie wiedziałeś? Zapomniałeś? Czy może w domu nie zdążyłeś się zalogować, a na tablecie w schronisku nad Morskim Okiem nie byłeś w stanie zaznaczyć obrazka na którym nie ma latarni lub autobusów, zresztą chwilę potem cały system przestał działać. Tu już tylko od twoich zdolności negocjacyjnych zależy, czy zostaniesz odesłany do domu z mandatem, czy może uda ci się podejść pod ścianę.

Łatwo znajdziesz swoją drogę: Klasyczna, Orłowski, czy Robakiewicz – do każdej ustawiła się kolejka takich jak ty. Połówkowe liny i oswojone w czasie kursu skałkowego na Jurze zbędne tutaj heksy, taśmy nylonowe i taśmy z dynemy, karabinki zakręcane i zwykłe, no i obowiązkowo asymetryczne i ciasne butki wspinaczkowe. Dylematy: droga zaczyna się tu, czy dwa metry dalej, budować stanowisko wśród piargów czy nie potrzeba? Pochłonięty analizą nawet nie zauważasz, że wyprzedziło cię już co najmniej czterech przewodników, którzy poruszają się szybko. Cieszysz się, bo dzięki temu poznajesz przebieg drogi, widzisz, gdzie są stałe punkty i stanowiska, ale po chwili orientujesz się, że klienci przewodników są wolniejsi od ciebie. Trzeba czekać, tymczasem zbierają się chmury. No tak, jest lipiec, o 5.00 wstałeś, o 7.00 wystartowałeś z Palenicy Białczańskiej, ale przez te wszystkie przygody ze strażnikami, przewodnikami i kolejkami zrobiła się 13.00 i zepsuła pogoda. Przemoknięty wracasz do auta, ustawiasz się w korku i przez następne trzy godziny, zanim dojedziesz do miasteczka pod Giewontem spokojnie możesz słuchać słowackiego radia jemne melodie i zastanawiać się nad sensem swojej egzystencji.

Zabawa z Lalką

Jesteś jednak uparty, nabrawszy sił wracasz. Tym razem w twojej głowie jest plan doskonały. Zarezerwowałeś nocleg w Starym Schronisku nad Morskim Okiem, wprawdzie trochę zaskoczyło cię, że będziesz spać na jednej długiej wspólnej pryczy z innymi taternikami. Ale następnego dnia wybierasz się na Żabią Lalkę, czyli w rejon rzadziej odwiedzany i dobrze prezentujący się na ekranie twojego telefonu.

Tylko jak trafić pod lite ściany Lalki? Są dwie ścieżki: jedna prowadzi przez Mokrą Wantę druga na wprost. Wybierasz tę prostą wersję, ścieżynka jest wyraźna, meandruje między trawnikami na stromej grzędzie. Legendarny filar Kazalnicy Mięguszowieckiej zanurzony w Czarnym Stawie prezentuje się stąd rewelacyjnie. Robisz zdjęcia swojej ukochanej na tym bajkowym tle i powolutku pniecie się w górę. Trawersujecie skalną ściankę, ścieżka jest tu bardzo miło ograniczona krzakiem kosodrzewiny od strony urwiska, ale po chwili zaczyna marnieć. Przed wami kępki puszystych traw między skałkami. Robicie długie kroki i przechodzicie z kępki na kępkę aż docieracie do miejsca, gdzie z niemal pionowych trawników wyrastają kruche i mokre ścianki. Idziecie dalej szukając słabego punktu w tej barierze, aż tu nagle okazuje się, że już nie potraficie ani iść dalej ani wracać.

Sięgasz do swojego sprzętowego arsenału, ale okazuje się, że w tym miejscu asekurację da się założyć tylko z jednego frenda wetkniętego za obślizgły i chyba ruchomy kamień, w dodatku ten frend kosztował 400 zł i jak tu z niego zjechać? 45 min. później dzwonicie po TOPR. Czekacie dość długo, a to co się w tym czasie między wami dzieje wolałbyś, żeby nie zostało opisane.

Ratownik wbija trzy haki, łączy je kawałkiem liny, wpina was i mówi przez radio „dotarłem do taterników”. Widzisz to i nic nie możesz zrobić, serce twojej ukochanej zaczęło bić dla tego cholernego Toprowca. Po chwili w radiu chrzęści głos znanego ci z literatury górskiej wielkiego himalaisty, gwiazdy lat osiemdziesiątych, ale nie jest przyjazny, mężczyzna używając podwórkowego słownictwa odmawia wam tytułu „taterników”.

Można jednak zacząć inaczej, samodzielne próby nie muszą kończyć się aż tak źle, ale jeśli nie masz przyjaciela, który choć trochę zna góry musisz wziąć pod uwagę to, że zanim staniesz się prawdziwym taternikiem przeżyjesz wiele niebezpiecznych przygód. Za to, jeśli los pozwoli będziesz miał co opowiadać wnukom.

II. Czas na kurs

Instruktorzy

Wspinałem się kiedyś z dziewczynami, które uciekły z kursu taternickiego przed nazbyt władczym instruktorem. Dodam, że w relacji ze mną ten instruktor-potwór jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi, profesjonalista i świetny wspinacz, w dodatku przyjacielski, życzliwy i niezwykle hojny. Możesz też natknąć się na instruktora centusia. Płacisz mu prawie sto złotych za godzinę, a ten ma obrażoną minę, jeśli po zakończeniu wspinaczki chcesz jeszcze pięć minut delektować się panoramą ze szczytu, bo jest to czas niezdefiniowany w cenniku. Są też instruktorzy telefoniści, czyli tacy, którzy przez cały kurs rozmawiają przez telefon i uwodziciele. Możesz dostać się pod skrzydła niemożliwego gaduły albo posępnego mruka. Instruktorskich typów jest wiele, a ty nie wiesz na kogo trafisz, możesz się jednak pocieszać, że dawniej bywało gorzej.

„Wstawać, góry żądają ofiar” o szóstej rano na taborze opodal Morskiego Oka krzyczy jeden z gospodarzy. To hasło starej instruktorskiej szkoły. Dawniej, żeby wspinać się w Tatrach musiałeś zapisać się na kurs taternicki i musiałeś zdobyć kartę taternika. Niejednokrotnie musiałeś dostosować się do wojskowego drylu i asymetrycznej, hierarchicznej relacji: z ciebie można żartować, ale już ty nie możesz sobie zażartować z instruktora. W tamtych czasach nawet zadawanie fizycznego bólu (źle sobie uszył uprząż, to niech teraz wisi w niej na oczach wszystkich we wspólnym pomieszczeniu i cierpi, następnym razem bardziej się postara) było na porządku dziennym.

Do dziś zachowały się fragmenty dość długiej śpiewanej wtedy przy ognisku ballady o losach początkującego wspinacza Jasia. Ów Jaś po przejściu kursanckiej ścieżki ginie w górach, a tekst piosenki kończy się słowami: „Kiedy Jasia w bambus kładli, koledzy jego sprzęt rozkradli”. Szczęśliwie dziś już sprzęt wspinaczkowy nie jest aż tak bardzo cenny, a do tego jeszcze karta taternika straciła moc przepustki w teren wysokogórski, to spowodowało, że instruktorzy taternictwa zostali zmuszeni do złagodzenia swoich obyczajów.

Zapisując się na kurs możesz być pewien, że spotkasz i dość dobrze poznasz ludzi, którzy całe swoje życie poświęcili górskiej wspinaczce. Może kiedyś sam dołączysz do tego grona, a jeśli nawet nie, to przynajmniej na czas kursu znajdziesz się w towarzystwie kogoś komu udało się zrealizować młodzieńcze marzenie o pracy w miejscu, które kocha. Oczywiście nie oczekuj tak egzaltowanych wynurzeń ze strony twojego instruktora w czasie kursu.

Oswojona przestrzeń

Jesteś na Mnichu i prowadzisz kluczowy wyciąg Międzymiastowej, masz ochotę zrezygnować, przed tobą piętrzą się trudności, ale słyszysz – jeszcze jeden ruch i dotrzesz do lepszych chwytów, dawaj, punkt poniżej jest pewny, a następny osadzisz za chwilę. Towarzystwo instruktora dodaje otuchy, jest dużo łatwiej. Można się tu zżymać, że przecież tym sposobem niknie szansa na przygodę i samodzielne odkrywanie gór, ale z drugiej strony może na początek warto korzystać z doświadczenia zdobywanego przez kogoś innego latami.

Wybierasz się na Mięgusza, śnisz o przejściu Komina Surdela? Często chodzi się tam w czasie kursu i w czasie kursu jedną rzecz masz zagwarantowaną: nie zgubicie się. A jest gdzie, bo Mięguszowiecki Szczyt Wielki tworzy rozległy i skomplikowany masyw, jest to jeden z tych tatrzańskich szczytów, gdzie królują alpejskie warunki.

Tak, ten kurs nie jest konieczny, żeby samodzielnie wspinać się w Tatrach, ale ułatwia. Wprowadza w świat górskich ścieżek i zwyczajów, no i daje dwa tygodnie wspinaczkowej przygody do pewnego stopnia kontrolowanej.

Ludzie

Myśląc o kursie taternickim musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zależy ci tylko na wspinaniu i byciu w górach, czy może też na spotkaniu z innymi ludźmi. Jeśli najlepiej czujesz się w swoim własnym towarzystwie, a inni cię drażnią, to nie zapisuj się na kurs. Miejsce dla ciebie jest w Dolinie Białej Wody, tam masz szansę odkrywać Tatry dla siebie.

Kurs taternicki jest swoistym wydarzeniem towarzyskim, to tu masz szansę nawiązać wspinaczkową przyjaźń z kimś, kto podobnie jak ty właśnie zaczyna swoją taternicką przygodę.

Tatrzański światek jest maleńki, nawiązane w czasie kursu znajomości pozwolą ci zorientować się w nim, a z czasem odnaleźć swoje miejsce. Obroni cię to przed pisaniem niemądrych lub zdradzających górską ignorancję komentarzy.

Przy okazji kursu, ale oczywiście nie w czasie wykładów dowiesz się, w jakich skomplikowanych relacjach żyją taternicy z pracownikami Tatrzańskiego Parku. Zdradzę tu tylko, że wśród strażników TPN są ludzie, którzy pokonali najtrudniejsze tatrzańskie drogi. A jednocześnie wciąż jeszcze żywe są opowieści o tym jak inteligentni wspinacze radzili sobie z bęcwałowatymi filancami usiłującymi utrudniać im życie.

Paweł Grocholski